Mój zestaw ratunkowy dla skóry zanieczyszczonej - maseczki, hydrolat i olejek


W ostatnim czasie moja cera trochę wariowała - chyba coś mnie zapychało, i zaczęła wyglądać jakby była zanieczyszczona, mimo że do kroku oczyszczania przykładam się naprawdę bardzo. Odstawiłam więc zdecydowaną większość produktów i zostałam przy niezbędnym minimum, znajdując przy tym zestaw fajnych produktów, które powoli pomagają mi ten problem zażegnać. Taki mini rytuał robiłam sobie mniej więcej 2 razy w tygodniu i już po drugim użyciu widziałam poprawę stanu mojej cery.



Próbę ratowania skóry zaczęłam oczywiście od dokładnego jej oczyszczenia i do tego celu posłużył mi żel do mycia twarzy, którego aktualnie używam, czyli Basic Lab przeznaczony do skóry tłustej i wrażliwej. Pierwszym krokiem po oczyszczeniu skóry, jako że wyglądała ona na lekko zapchaną, było jej złuszczenie. Na mniej więcej 10 minut nałożyłam więc kwasowy peeling marki The Ordinary i po tym czasie zmyłam go ciepłą wodą. Przez pierwszą chwilę odczuwalne jest delikatne szczypanie, ale szybko mija i skóra jest po nim bardzo gładka i miękka. Na tak przygotowaną skórę nałożyłam maseczkę oczyszczającą. Nie chciałam jednak, aby był to kosmetyk mocny i drażniący skórę, a wręcz przeciwnie - aby zadziałał oczyszczająco ale w delkatny sposób. Idealne w tym celu wydało mi się moje ostatnie odkrycie - kalamina. To proszek o bladoróżowym kolorze na pierwszy rzut oka przypominający glinkę, choć nią nie jest. Ma działanie oczyszczające, ale i łagodzące, dlatego dobrze się sprawdza właśnie przy gorszym okresie cery. Po rozrobieniu kalaminy z wodą nałożyłam ją na skórę w formie maseczki na około 10-15 minut po czym zmyłam ciepłą wodą. Jest to produkt który pięknie uspokaja skórę, ale też bardzo mocno ją matuje, dlatego kolejnym krokiem było przywrócenie jej odpowiedniego poziomu nawilżenia.


W tym celu posłużyło mi moje kolejne maseczkowe odkrycie - cudeńko marki Antipodes z miodem manuka. Ta maseczka o lekko woskowej konsystencji działa na suchą skórę jak taki otulający balsam, przynosząc jej natychmiastowe ukojenie. Bardzo często trzymam ją na skórze dłużej, nawet około pół godziny. Po tym czasie skóra jest mięciutka i pięknie nawilżona, co po wcześniejszym, dogłębnym oczyszczaniu, sprawia że znów jej nawilżenie jest na dobrym poziomie. Dodatkowo maseczka ta również ma właściwości łagodzące, a więc idealnie dopełnia wcześniejszą kalaminę. Po zmyciu drugiej maseczki i osuszeniu twarzy spryskałam ją moim kolejnym odkryciem - hydrolatem z kwiatu manuka i nałożyłam na wilgotną jeszcze skórę olejek tamanu. Wspomniany hydrolat, podobnie jak poprzednie produkty, posiada właściwości łagodzące, ściągające, regenerujące oraz antybakteryjne. Dodatkowo jest to produkt wysoko antyseptyczny i dedykowany jest cerom tłustym i mieszanym. Dla mnie to idealny tonik na co dzień, który dobrze wpływa na stan mojej cery. Olejek tamanu znany jest natomiast ze swojego działania gojącego, przeciwzapalnego, zwalczającego bakterie oraz regeneracyjnego. Jest więc wręcz stworzony do cer problematycznych i w momentach gdy moja skóra miała więcej problemów, nakładałam go na całą twarz solo. Jest to również produkt, który można stosować punktowo na niedoskonałości - będzie przyspieszał ich gojenie ale nie narusza on skóry dookoła naszego nieprzyjaciela (niektóre preparaty punktowe mają to do siebie, że skóra w danym miejscu robi się bardzo sucha i podrażniona). Na większe niespodzianki, w dni wolne, nakładam punktowo właśnie ten olejek, a na niego jeszcze odrobinę olejku z drzewa herbacianego. Taka mikstura sprawiała, że nieprzyjaciel goił się o wiele szybciej i bez uszczerbku dla skóry wokół niego.


Stosując się do opisu kalaminy na stronie Ministerstwa Dobrego Mydła, przetestowałam ją również w formie punktowej na większe niedoskonałości. Zaczynałam wtedy od oczyszczenia całej twarzy, nałożenia na nią pielęgnacji a na owego nieprzyjaciela odrobiny olejku tamanu i tego z drzewa herbacianego, plus na to właśnie odrobinę rozrobionej z wodą kalaminy. Faktycznie przyspieszało to gojenie się, choć oczywiście jest to metoda na dni wolne, które spędzamy w domu. Niestety na noc się to moim zdaniem nie sprawdzi, bo kalamina po zaschnięciu zaczyna się kruszyć i sypać, więc pewnie cała poduszka byłaby ubrudzana, a na twarzy i tak niewiele by jej zostało.

Jeżeli też borykacie się z takimi okazjonalnymi pogorszeniami stanu swojej cery, ale nie posiadacie dokładnie tych produktów o których wspomniałam, to oczywiście możecie potraktować ten wpis jedynie jako inspirację i pewien plan działania - na pewno inne produkty o podobnych właściwościach też dadzą radę! ;)

Jestem bardzo ciekawa czy macie w swoich kosmetyczkach produkty na takie problemy? Jeżeli tak, to koniecznie dajcie znać co to takiego!

Brak komentarzy:

Obsługiwane przez usługę Blogger.