Perełki stycznia 2017 - Mokosh, Fresh&Natural, Kindle

2/09/2018


Z lekkim poślizgiem ale nie mogłam sobie odmówić przyjemności pokazania Wam tej garstki perełek, które w ostatnim czasie sprawdziły się u mnie wręcz rewelacyjnie. Nie ma tego wiele, bo ostatnio ze względu na brak czasu zarówno moja pielęgnajcja jak i makijaż nie należału do najbogatszych, ale za to są to naprawdę świetne produkty. No i znajdzie się też coś niekosmetycznego!


MOKOSH WYGŁADZAJĄCY KREM DO TWARZY FIGA

Skusiłam się na niego z polecenia Olgi i nie zawioadłam się, jest naprawdę bardzo dobry! Stosunkowo lekka i aksamitna konsystencja sprawia że pięknie rozprowadza się na skórze, nawilżając ją przy tym i lekko wygładzając. Cera jest po nim miękka, ale nie obciążona. Idealnie sprawdza się dzień pod makijaż, ale w wieczorej pielęgnacji również jestem z niego super zadowolona. Moja skóra jest mieszana, ale sprawdza się dobrze zarówno na moich normalnych policzkach, jak i w tłustej strefie T. Nie wpłynał też w żaden negatywny sposób pod względem niedoskonałości, do których mam dużą skłonność. Jeżeli dla kogoś na noc byłby zbyt lekki, zawsze można zmieszać go z jakimś olejkiem ;) U mnie nie ma jednak takiej potrzeby. Krem ma też świetny skład i jest naprawdę wydajny! To moje pierwsze spotkanie z marką, ale zdecydowanie mam ochotę na więcej. Kusi mnie jeszcze np krem pod oczy.


FRESH&NATURAL MALINOWY PEELING DO CIAŁA

Ten kosmetyk kusił mnie już dobre kilka lat temu, zaraz jak marka pojawiła się na rynku i rozkochała w sobie miłośniczki naturalnych kosmetyków. Niemal każdy chwalił te peelingi, jednak potem firma na jakiś czas wycofała swoją działaność, a ja na jakiś czas o niej zapomniałam. Ostatnio jednak, korzystając ze sporej przeceny, w końcu skusiłam się malinowego źdźieraka i... jest moc! Myślę że śmiało mogę powiedzieć, że jest to najostrzejszy gotowy peeling z jakim miałam do czynienia! Drobinki naprawdę porządnie złuszczają skórę, wręcz polecałabym rozmyślny masaż, bez zbyt mocnego tarcia ;) Drobinki są ostre, ale złuszczają a nie "rysują" skóry, do tego długo się rozpuszczają, nie znikając po chwili. Całość zatopiona jest w olejkach, więc poza gładkością, od razu z głowy mamy późniejsze nakładania masła czy balsamu. Jeżeli więc szukacie czegoś naprawdę mocnego, z naturalnym składem ale gotowego, to gorąco polecam!


CZYTNIK KINDLE PAPERWHITE 3

Długo za mną chodził, jednak moja miłość do papieru wydawała się wygrywać z elektroniką. Chylę jednak czoła, bo to naprawdę niesamowicie wygodne urządzenie! System jest superintuicyjny i prosty w obsłudze, ale co najważniejsze samo urządzenie jest małe i poręczne, dzięki czemu noszenie książki zawsze przy sobie nie jest już żadnym problemem. Na uczelnię dojeżdżam pociągiem, więc to dla mnie idealny moment na przeczytanie chociaż paru stron, a w rezultacie okazuje się, że czytam wiele więcej książek, nawet gdy potem w ciągu dnia nie mogę już sobie na to pozwolić. Uwielbiam również ekran, który można podświetlić, dzięki czemu nawet czytanie po ciemku nie jest już przeszkodą. Z pewnością do papierowych książek będę jeszcze wracać (zwłaszcza że jeszcze sporo tytułów czeka na przeczytanie), ale zdecydowanie zdążyłam już pokochać ten gadżet.


Znacie coś, może coś Wam wpadło w oko? Dajcie znać!

  • Share:

You Might Also Like

0 komentarze